Marcus Vagraff

Marcus szedl chodnikiem, nie spotkal ani jednego przechodnia, jedynie przejazd kilku samochodow przerwalo jego przemyslania. Krople orzezwiajacego deszczu stukalo o plaszcz, wlasciwie nie wyrzadzajac zadnej szkody. Czul juz jak mokre wlosy przyklejaja sie do czaszki glowy, jak krople deszczu splywaja malymi strumykami pomiedzy faldy plaszcza, dogorywajac na rozgrzanym ciele gdzies pomiedzy klatka piersiowa i lopatkami. Buty staly sie juz z lekka przyciezkawe z racji pochlanianej wody, Marcus nawet nie zastanawial sie nad tym, nie przejmowal sie tym, jutro i tak beda suche. Nie zastanawial sie nad tym rowniez, ze minal go przechodzien w kapeluszu schowany pod parasolem, ktory chronil go przed deszczem. Nie zwrocil na niego uwagi. Lekkie zdziwienie i odwieczny przestrach przed obcym spowodowal, ze przechodzien minal go szerokim lukiem, wbijajac sie prosto pod rozprysk wody nadjezdzajacego auta z naprzeciwka. Marcus i tym sie nie przejal, mial duze wazniejsze sprawy, nad ktorymi sie tego glowil. Krople deszczu, ktory co raz bardziej sie nasilal, wybijaly tetno na szybach wystaw sklepowych, a krzyk duchow pogody poglebialy chmury.

Oczekiwal tego, czego duchem sie spodziewal, jednak nie mogl przewidziec. Wiedzial, ze cos nadchodzi, a on bedzie w centrum jak zwykle to bywalo. Nie bal sie tego, wiedzial, ze ma misje do spelnienia, zdalwal sobie sprawe, ze zycie pozostalych Odrzuconych musial ochronic, musial sprostac postawionych wobec niego wymaganiom, jako dowodca i lider grupy Wilkolakow, ladzacych pomiedzy betonowymi scianami sztuczego epitafium tego, czeogo oczekiwal juz od dawna. Nadzieje na zdobycie wlasnego terytorium co raz bardziej sie oddalaja, ale jednak cos go wola. Co to moze byc? To ten duch, ktory niedawno pozostawil na jego duszy marker? Mracus sie zastanawial… a chdonik juz sie skonczyl, nie zdawal sobie sprawy, ze wszedl na ulice, a krzyzowke na czerwonym swietle. Glosny klakson ruszajego auta wyrwal go z zamyslenia, ruszyl biegiem odruchowo unikajac hamujacego dodge’a. A nawet jesli znajdziemy odpowiednie miejsce na ulaskawienie ducha zwiazujac go w totemie? Przeciez nawet i tego nie potrafimy zrobic! Rugal sie w myslach, prawda, nie prawda. Nie nawidzil tego miasta, tych betonowych bezuczuciowych scian, halasu silnikow spalinowych, tych wszedobylskich ludzkich glosow. Wszedzie panowal zgielk i harmider, a najgorsze byly popoludniowe godziny, podczas ktorych wszyscy starali sie zdazyc na busy, a halas silnikow ciagle przerywany byl klaksonami. Nie mogl juz wytrzymac w tym miescie, musial gdzies si przeprowadzic, w jakiejs bardziej spokojne okolice. I jak tu urzeczywistnic marzenie o wlasnym terytorium? - pomyslal.

Wracal do domu, do wlasnego kacika, gdzie czekala pewnie juz na niego ciepla strawa. Zawsze przed posilkiem wieczornym musial przejsc ta sama droge, zbadac terytorium… jesliby moza bylo to nazwac terytorium. Ta sama ulica, ta sama trasa, niemal identyczny czas przejscia. Mijal je kazdego dnia o tej porze. Byl juz znudzony, zmeczony tym wszystkim, musialo nastapic jakies zdarzenie zmieniajac ten melancholijny byt miastowego zycia na bardziej zywotny. Zapytywal sie o to kazdego dnia o tej samej porze i podczas tej samej czynnosci. Musial sprawdzic czy cos obcego im nie grozi. Sprawdzil. Teraz czas do domu. Czas na odpoczynek. Czas na ponowne przemyslenia. Ale co to pomoze? Nic sie nie dzieje, stoimy w miejscu. Kazdy dzien zlewa sie z soba, jakby to byl jeden i ten sam. Potrzebujemy swiezego oddechu i swiezego miejsca. I to ja mialbym im zapewnic? Niby jak? Bez mobilizacji nic nie zrobimy. A do tego potrzeba calego stada, a nie tylko dowodcy.

~ autor odrzuceni w dniu kwiecień 16, 2008.

Napisz odpowiedź

Musisz być zalogowany aby móc dodać komentarz.