Fenrir - Bob wstęp
To miasto od dawna mnie drażniło. Zapach tłoczących się w nim ludzi, natłok ich spojrzeń i intencji przytłaczał i odstręczał. Jedynie wataha mnie w nim trzymała, konieczność dbania o nich i walki o ich bezpieczeństwo. Nie było to jednak nasze miejsce, nie mieliśmy tu własnego terytorium. Zrzuceni na dno i traktowani jak cienie, nawet duchy się z nas śmiały! Już wcześniej miałem to powiedzieć naszej alfie, czas stąd ruszyć… gdzieś tam! – podniosłem spojrzałem przez okno, gdzie nad wysokimi budynkami miasta odcinały się dzikie grzbiety gór skalistych. – Tam jest nasze miejsce! Dzisiaj przedstawię wszystko Marcussowi jak tylko się pojawi.
Podniosłem do góry kartkę od Zee zamknąłem. Przed oczyma miałem tą dużą polanę, gdzie biegliśmy jak szaleni tropiąc jelenia. Pierwszego którego razem udało nam się znaleźć w lesie. Nasze serca biły jak szalone gdy dojrzeliśmy postać rączego, dzikiego zwierzęcia, które podniosło spojrzenie do góry i spojrzało w naszą stronę ochoczo przeżuwając trawę. Obaj przypadliśmy do drzew, nie mieliśmy więcej niż 13 lat. Wszędzie dookoła było czuć zapach wiosny, nasze oddechy były przyśpieszone a w oczach płonęła iskierka zwycięstwa! Wyskoczyliśmy zza drzewa na trzy wydając z siebie dzikie indiańskie okrzyki. Jeleń uciekł w popłochu omal nie gubiąc z przerażenia rogów. A my staliśmy i śmialiśmy się jeszcze długi czas.
W moich oczach pojawiła się iskra tęsknoty. Ponownie spojrzałem na tandetny krajobraz na obrazku. Szukając jakiegoś znaku rozpoznawczego… Tak, to tutaj się udamy – pokiwałem głową w zdecydowanym geście. Ponownie zamykając oczy przysunąłem kartkę do twarzy i skupiłem się na jej zapachu, szukając w nim choć cień zapachu Zee.

Napisz odpowiedź
Musisz być zalogowany aby móc dodać komentarz.