Cavallo

Mam dosyć tego miasta
Czerwono-czarnej mafii
Czy mnie rozumiesz Lolo
Czy wiesz co mnie trapi

Wreszcie lunelo. Od jakiegos czasu nad Vancouver zaczely gromadzic sie czarne chmury i duchy zapowiadajace sztorm. Dzis po poludniu niebo peklo i poblogoslawilo ulice miasta oczyszczajacym deszczem. Procesje parasoli suna chodnikami, choc z powodu chlodu wszyscy wydaja sie gdzies spieszyc i w koncu znikaja na dobre. Jest noc i swiatla srodmiescia istnieja podwakroc odbijajac sie w kaluzach, bedac swiadectwem istnienia archaicznego, autentycznego dualizmu. Miedzy budynkami daje sie slyszec wycie wiatru oraz nawolywania miejskich duchow. Marcus idzie.

Kroczy powoli, jakby spacerowal napawajac sie orzezwiajacym deszczem i zapachami nocy. Jego przeciwdeszczowy plaszcz jest rozpiety i powiewa na wietrze odslaniajac zloty amulet w ksztalcie wilczego lba. I choc wydaje sie zakochany w deszczu, w wietrze i mroku, to jednak szczerze nienawidzi miasta. Nie moze zniesc Vancouver.

Miasto z niego szydzi. Stal sie posmiewiskiem w oczach betonowych wiezowcow. Uliczne latarnie uwazaja go za kundla zas mijajace go samochody smieja sie z cicha. Tylko miejskie koty omijaja go szerokim lukiem czujac ostatnie resztki naleznego szacunku. Roy i Bob licza na niego. A co dostali w zamian? Nic. Ich wataha nie posiada swojego terytorium, zadnych wplywow i przestrzeni. Za to wplatali sie polityke miejscowych Uratha i stali sie zwyklymi pionkami na szachownicy miasta. Zaden szanujacy sie duch nie zechce nawet sluzyc za totem stada. Bo, spojrzmy prawdzie w oczy, co to za stado? Gdyby tak sie gdzies urwac, zaczac od nowa, na swoim. Gdzies bardzo, bardzo daleko…

***

But the lesson is lost there
And the smoke and the mind
That we are one flesh, one breath, one life
One blood

Szakal wszedl do srodka. Dom wydawal sie pusty i ciszy towarzyszyl jedynie miarowy szmer deszczu. Zdjal mokre buty i postawil je przy kaloryferze. Obok, na krzesle, powiesil skorzana kurtke. Krotkie sledztwo od razu dalo okreslone wyniki. Marcus jest na spacerze (nie ma jego plaszcza i butow; poza tym on nigdy nie opuszcza swoich obchodow, nawet w taka pogode) zas Roy spi na pietrze (stamtad dochodzilo ciche pochrapywanie). Szakal byl sam.

Indianin zaparzyl sobie herbaty i usiadl przed telewizorem. Wkrotce zaczal bezmyslnie gapic sie w ekran obserwujac malo interesujaca klotnie Rosa i Rachel, z ktorej wynikalo, ze ktores dopuscilo sie zdrady. Szakal nie mial pojecia ktore. Z braku innego zajecia zajal sie sortowaniem stosu listow, ktore lezaly pod drzwiami. Bank, bank, rachunek za kablowke, reklama pizzerii…

Ostatnia koperta byla niepozorna i przez to podejrzana. List byl do niego. Nadawce znal. Byl to jego stary kumpel. W zasadzie znajomy. Mieszkali kiedys po sasiedzku. Czego on ode mnie chce? W srodku znalazl nagryzmolony na kartce papieru krotki list. “Czolem, przyszlo jakis czas temu na twoj stary adres. Chyba od Zee, ale nie jestem pewien. Niepokojace. Rozumiesz cos z tego? Steve” Do listu dolaczona byla pocztowka przedstawiajaca jakis tandetny krajobrazik.

Szakal pomyslal o swoim przyjacielu i lzy naplynely mu do oczu. Zee byl dla niego jak starszy brat. Wciaz szczerze go kochal, choc nie widzieli sie od dobrych kilku lat. Praktycznie od “wypadku”. Gdzie sie podziewasz? - wyszeptal sam do siebie. Zauwazyl, ze jego serce bilo niesamowicie szybko. Rece drzaly. Powoli odwrocil pocztowke i przeczytal wiadomosc:

“Jestem w innym, lepszym miejscu. Czekam na ciebie. Z.”

Zadzwonil telefon.

***

Like my fathers come to pass
Seven years has gone so fast
Wake me up when september ends

Roy spal bardzo niespokojnie. Zmora przeszlosci siadala noca na jego piersi. Nie mogl wtedy swobodnie oddychac i strasznie sie pocil. Opowiadala mu rozne historie. O wiekszosci z nich nie chcial slyszec. Czasami przyjmowala postac jego matki, ktorej wcale dobrze nie pamietal. Ostatnio jednak w jego snach zaczal pojawiac sie ktos jeszcze.

On zyje? On zyje! - slyszal glos swego serca, ktory nioso oniryczne echo. Dlaczego? Jak? Skad? Przede wszystkim gdzie? On nic nie wie o tobie - tlumaczyla starszyzna. Chce go zobaczyc. Robimy co mozemy. Robili.

Odkad dowiedzial sie, ze jego ojciec byl Uratha zaczal odkopywac tajemnice swej przeszlosci. Grzebal w czarnej ziemi zamierzchlego czasu, w ktorej spoczywaly szczatki ludzi i wilkolakow. Ojca tam jednak nie znalazl. Jego staruszek rzeczywiscie najprawdopodobniej wciaz zyl i przypuszczalnie mial sie nie najgorzej. Tylko we snach odwiedzal go jakis dziwny, szary i milczacy. Zwykle majaki i fantazje. Przeciez wcale go nie znal.

Miejscowe Uratha przysiegaly, ze Thomas Pinard nic nie wiedzial o tym, ze ma syna. One zas nie mialy pojecia, gdzie tez Pinard moze sie podziewac. Wyjechal wraz ze swoim stadem z Vancouver dawno, dawno temu. Byc moze mieszka dalej w Kanadzie, moze w USA…

Sny stawaly sie coraz bardziej dzikie i czarne. Sylwetki zjaw pojawialy sie naprzemiennie. Matka, koledzy, pracodawcy. A moze byla to jedna zmora o wielu twarzach. Jednak zawsze na koncu byl on. Owa milczaca idée fixe, ktora nie dawala spokoju jego snom, o ktorej myslal za dnia. Ojciec.

Ze snu wyrwal Roya telefon. Chwile potem czyjes silne ramiona potrzasaly nim strzepujac resztki koszmaru na podloge. Szakal podal mu sluchawke.
- Patrick? - znajomy glos nalezal do Miejskiego Drapiezcy z Wladcow Burz - Chyba mam dobre wiesci. Wiemy gdzie jest twoj staruszek.

~ autor odrzuceni w dniu kwiecień 15, 2008.

Napisz odpowiedź

Musisz być zalogowany aby móc dodać komentarz.