W cieniach lasu, pomiedzy pniami i krzakami, nie zostawiajac wlasciwie zadnych sladow biegnal czarny wilk z biala plama na karku. Slina na wargach znaczyla zmeczenie w jego organizmie. Miesnie nog pracowaly na najwyzszych obrotach, kazdy z nich mial zadanie do wykonania, kazde sciegno musialo zapracowac na nagrode, na odpoczynek, ktory juz niedlugo mial sie zjawic. Postac kluczyla pomiedzy drzewami, uciekala przed napastnikiem. Dwoch konnych mysliwych ze strzelbami urzadzilo sobie polowanie na jednego wilka. Mlody wilk wiedzial co ma zrobic, musial najpierw ich doprowadzic na miejsce zasadzki, gdzie czekali na niego jego kompani. On jednak nie byl samotnym i bezbronnym wilkiem w tych lasach. Jeszcze kilkadziesiat metrow bieganiny i dotrze do miejsca, do ktorego mial doprowadzic czesc konnych, ktorzy ruszyli za nim. Mial ich sprowadzic tutaj, tylko kilku, reszta na pewno ucieknie jak uslyszy co sie stalo ze zwiadowcami. Jeszcze kilka metrow…
Zza drzew wynurzyla sie ogromna postac wilka, wygladajacego jak tygrys,takiego wilko jeszcze nie widzial mysliwy. Rownie szybkiego co pantera i rownie niebezpiecznego. Zareagowal szybko, obrocil konia w bok, omijajac drzewo z boku, zaslaniajac sie przed nadbiegajacym szarym wilkiem. Nie widzial, ze wilk nie da za wygrana, nie wiedzial tego, ze wilk jest szybszy od niego, ze moze byc szybszy od klusujacego pomiedzy drzewami konia. Pomylil sie jednak. Poczul sie jak w windzie, ktora nagle sie zatrzymala na polpietrze, kon zarzal, a siedzisko umknelo mu spod ciala. Chwile potem mokra od rosy ciemna zielen sciolki lesnej przywitala go spieszacego na jej spotkanie. Poczul uklucie na czole uderzajac w galaz. Przerazliwe rzenie jego wierzchowca nagle zamilklo, ciekla lepka ciecz chlusnela na niego. Probowal dopasc karabinu, ktory upadl kolo niego, siegnal po niego. Ale to wlasciwie tylko gest, w jednej juz nastepnej chwili reke szarpnal napastnik, wgryzajacy sie w ramie jak w gabke. Mysliwy stal sie zwierzyna, nie wiedzial juz co robic, w jednej chwili stracil wierzchowca i za kolejna chwilke mial stracic zycie? Schwycil sie jedynej szansy ulatniajacej sie z jego mozgu… ucieczki.
Jego partner tylko spojrzal jak zza drzewa wybiega na nadbiegajego towarzysza ogromny szary wilk, ktory nastepnie wgryzl sie w peciny wierzchowca. Probowal zatrzymac konia, nie zdajac sobie sprawy, ze tak nagla zmiany deyzcji moze spowodowac, ze kon go moze zrzucic. Nie stalo sie jednak tak, wlasciwie nie musialo. Katem oka dostrzegl sylwetke nastepnego wilka, ktory wypadl z krzakow kilka metrow od niego, juz byl w powietrzu. Z przerazeniem na twarzy zaslonil sie rekami, zmieniajac miejsce na siedzisku. Kon nie zaczal nawet wierzgac, kiedy srebrzyste zeby wilka wbily sie w przedramiona jedzca. Zaczal krzyczec, kiedy wilk zaczal szarpac z sila wyrywajac go z siodla. Upadl na ziemie, nie obchodzilo to juz w ogole, patrzyl w oczy bestii, w ciemne slepia bialego wilka, podobnego wielkoscia do niedzwiedzia. Kiedy zrenice bestii zwezyly sie, a z pyska wydobyl sie warkot, juz wiedzial, ze pozostalo mu tylko kilka sekund zycia. Nie slyszal krzykow towarzysza, we wlasnej glowie slyszal wlasne, przerazenie i strach przed smiercia. Odtretwienie przyszlo szybko, nie czul juz nic, bol minal, a cieplo rozchodzace sie po ciele zbawiaco przyjal jako nagrode za dobre sprawowanie sie. To bylo jak lekarstwo, jak cos, co juz dawno mial przyjac, ale nigdy go jeszcze nie spotkalo. To nie bylo straszne. To bylo dobre uczucie, nie czul bolu, nie czul troski. Zobaczyl tunel i swiatlo na jego koncu… podazyl tam.
Bestie szybko rozprawily sie z jezdzcami. Czarny wilk dolaczyl do pozostalych. Zawarczal na bestie… odeszli w spokoju, wydobywajac ze swych gardel piesn pozegnalna. Tak sie nie musialo skonczyc, ale sie skonczylo. Dzien wczesniej, przypominal sobie Biala Plama, ludzie przyszli do ich lasu, na ich teren, zaczeli polowac na ich zwierzyne i zaczeli wyrywac znaki ostrzegawcze. A przeciez juz wszyscy w okol znaja te lasy, to w nich znowu legenda ozyla, dzikie bestie widziane nocami, ktore pokazywaly sie od czasu do czasu rowniez w dzien, ogromne wilki rozmiarow niedzwiedzi. Ludzie sie martwili, ze to diabel, ktory po nich przyszedl, najpierw dzika zwierzyna a potem oni. Przestraszyli sie i wynajeli najemnikow. Oni mieli wszystko zalatwic. Ale nie zdawali sobie sprawy jednak, ze zadzieraja z Wilkolakami, ze starozytna legenda, mowiaca o wilkach w ludzkiej skorze. Powiedziano im, ze ogromne bestie poluja w lasach, straszac wszystkich, a sa tak ogromne, ze trudno o nich powiedziec, ze sa wilkami, a raczej potworami. Mysliwi mieli tylko jedno w glowie, upolowac te legendarne zwierzeta i zdobyc slawe i pieniadze za sprzedaz ich futer. Nie zdawali sobie jednak sprawy, ze mysliwi stana sie ofiara. Biala Plama zadecydowal o tym, by zabic tylko niewielu, tak niewielu, by reszta mogla uciec w przerazeniu, rozglaszajac, ze bestia zwyciezyla, ze lasy sa ich wlasnoscia. Zabojstwo tych dwoje bylo koniecznoscia, krokiem majacym na celu ochrone pozostalych. Nie chcial sie stac potworem, czyhajacym na kolejnych ludzi, zabijajacym bez zastanowienia, nie chcial rozlewu krwi, chcial jedynie ochronic tych ludzi, a juz na pewno nie chcial, by ci ludzie rozpoznawali w nim bestie. Niestety stalo sie, zamordowali dwoje mysliwych, ale to nie nasza wina - przekonywal siebie. Dostali wyrazne ostrzezenia, by nie wchodzic na ich terytorium. A moze po prostu strach przed smiercia ich tu doprowadzil? A wiec i spotkali smierc. Dobrze, ze pozostali nie przyszli za nimi. Smiertelne krzyki konajacych towarzyszy i umykajacy wierzchowiec, przerazony i zmeczony na pewno da im odpowiednie przeswiadczenie o tym, co tu sie stalo. I tak mialo byc. Tak mialo byc caly czas…